Umowa zlecenie a umowa o dzieło – różnice prawne i najczęstsze spory

Umowa zlecenie a umowa o dzieło – różnice prawne i najczęstsze spory


Umowa zlecenie a umowa o dzieło – dlaczego ten temat wraca w każdej kancelarii?

W mojej praktyce adwokackiej spory dotyczące kwalifikacji umów cywilnoprawnych – przede wszystkim odróżnienia umowy zlecenia od umowy o dzieło – pojawiają się regularnie. Dla jednych to „tylko kwestia nazwy na umowie”, dla innych – sprawa o tysiące, a czasem setki tysięcy złotych zaległych składek na ubezpieczenia społeczne, odsetek, czy nawet odpowiedzialności karnej skarbowej.

Im dłużej prowadzę sprawy z zakresu prawa cywilnego, prawa pracy oraz sporów z ZUS, tym bardziej widzę jedno: nieporozumienia zaczynają się już na poziomie podstaw – braku zrozumienia, czym w istocie jest umowa zlecenia, a czym umowa o dzieło. Nierzadko trafiają do mnie klienci, którzy przez lata byli przekonani, że zawierają „bezpieczną” umowę o dzieło, po czym otrzymują decyzję ZUS o przekwalifikowaniu wszystkich tych umów na umowy zlecenia i obowiązku opłacenia składek wstecz, nawet za pięć lat.

W tym artykule, opierając się na mojej praktyce procesowej i doradczej, postaram się w możliwie przystępny, choć prawniczo precyzyjny sposób, wyjaśnić różnice między tymi umowami, przedstawić najczęstsze błędy i pokazać, jak sądy – w szczególności Sąd Najwyższy – patrzą na sporne sytuacje.

Podstawy prawne – gdzie w kodeksie szukać odpowiedzi?

Punktem wyjścia zawsze musi być Kodeks cywilny. Umowa zlecenia została uregulowana w art. 734–751 k.c., natomiast umowa o dzieło w art. 627–646 k.c. To są dwa odrębne typy umów nazwanych, z odmiennym charakterem prawnym.

Art. 734 § 1 Kodeksu cywilnego: „Przez umowę zlecenia przyjmujący zlecenie (zleceniobiorca) zobowiązuje się do dokonania określonej czynności prawnej dla dającego zlecenie.”

To przepis, od którego zaczyna się regulacja umowy zlecenia, ale w praktyce bardzo często stosujemy odpowiednio normy dotyczące zlecenia również do umów o świadczenie usług niebędących czynnościami prawnymi (art. 750 k.c.).

Art. 750 Kodeksu cywilnego: „Do umów o świadczenie usług, które nie są uregulowane innymi przepisami, stosuje się odpowiednio przepisy o zleceniu.”

Z kolei umowa o dzieło została zdefiniowana następująco:

Art. 627 Kodeksu cywilnego: „Przez umowę o dzieło przyjmujący zamówienie zobowiązuje się do wykonania oznaczonego dzieła, a zamawiający do zapłaty wynagrodzenia.”

Już na tym etapie widzimy pierwszą zasadniczą różnicę: umowa zlecenia – w swojej klasycznej postaci – dotyczy dokonania czynności prawnej lub szerzej: starannego wykonywania określonych czynności, podczas gdy umowa o dzieło zmierza do osiągnięcia konkretnego, sprawdzalnego rezultatu. To rozróżnienie – pomiędzy „należytą starannością” a „rezultatem” – przenika całe orzecznictwo dotyczące tych umów i w praktyce jest kluczowe przy rozstrzyganiu sporów.

Charakter prawny: staranne działanie kontra rezultat

W sądach najczęściej powtarzam klientom zdanie, które w praktyce jest najlepszym testem odróżniającym umowę zlecenia od umowy o dzieło: czy strony umawiały się na wykonanie określonej pracy, czy na osiągnięcie konkretnego, indywidualnego efektu?

Umowa zlecenia i umowa o świadczenie usług (art. 750 k.c.) to tzw. umowy starannego działania – przyjmujący zlecenie ma wykonywać czynności z należytą starannością, ale nie odpowiada co do zasady za sam rezultat (o ile nie zobowiązał się do njega wprost).

Umowa o dzieło to umowa rezultatu – wykonawca odpowiada za wykonanie określonego dzieła, które można zweryfikować: czy powstało, czy ma określone cechy, czy nadaje się do umówionego celu.

Sąd Najwyższy w wielu orzeczeniach podkreśla ten podział. W jednym z ważnych wyroków wskazał:

„Umowa o dzieło jest zawsze umową rezultatu, a więc takim zobowiązaniem, którego istotę stanowi osiągnięcie określonego, indywidualnie oznaczonego efektu. Natomiast umowa zlecenia (jak i umowa o świadczenie usług z art. 750 k.c.) jest umową starannego działania, w której przyjmujący zlecenie zobowiązuje się do dołożenia należytej staranności przy wykonywaniu określonych czynności, nie gwarantując ich wyniku.”
– wyrok SN z 10.07.2014 r., sygn. II UK 454/13

W praktyce, prowadząc sprawy o ustalenie istnienia stosunku prawnego (np. z powództwa zleceniobiorcy albo w toku sporu z ZUS), niemal zawsze punktem spornym jest właśnie to, czy efekt, którego oczekiwała strona zamawiająca, miał cechy „dzieła” czy był jedynie rezultatem starannego wykonywania powtarzalnych czynności.

Rezultat indywidualny i weryfikowalny – kiedy faktycznie mamy „dzieło”?

W moich sprawach często spotykam się z twierdzeniami typu: „Przecież on coś wykonał, to jest dzieło”. Tymczasem nie każdy namacalny efekt jest od razu „dziełem” w rozumieniu art. 627 k.c. Sąd Najwyższy, a za nim sądy powszechne, wypracowały kilka kryteriów, do których regularnie się odwołuję w sądzie.

Po pierwsze – dzieło powinno być zindywidualizowane. Chodzi o to, aby można je było opisać w sposób pozwalający na wyraźne odróżnienie od innych, standardowych rezultatów. Typowym przykładem z praktyki jest napisanie utworu literackiego, zaprojektowanie indywidualnej grafiki, stworzenie szytego na miarę projektu architektonicznego, wykonanie konkretnego mebla na wymiar.

Po drugie – dzieło powinno dać się obiektywnie zweryfikować: da się je przyjąć albo odrzucić. W jednej z prowadzonych przeze mnie spraw sądowych związanych z przygotowaniem rozbudowanego raportu analitycznego dla klienta biznesowego, sąd pytał: czy po zakończeniu współpracy strona zamawiająca miała możliwość „odebrania” poszczególnych raportów jako odrębnych dzieł, czy też raczej chodziło o ciągłe świadczenie usług analitycznych w czasie? To pytanie jest kluczowe, bo właśnie możliwość odbioru i oceny efektu jest cechą umowy o dzieło.

W orzecznictwie często można znaleźć następujące ujęcie:

„Dzieło w rozumieniu art. 627 k.c. powinno być obiektywnie sprawdzalne, a jego rezultat – weryfikowalny w tym znaczeniu, że można go poddać próbie istnienia wad fizycznych w rozumieniu art. 638 § 1 k.c.”
– por. wyrok SN z 3.11.2000 r., sygn. IV CKN 152/00

Po trzecie – dzieło powinno być „zamknięte” w czasie jako efekt końcowy. Jeśli praca ma charakter stały, powtarzalny, bez wyraźnego końcowego „produktu”, sądy znacznie częściej przyjmują, że mamy do czynienia z umową zlecenia lub szerzej – umową o świadczenie usług.

Przykład z praktyki – grafik a stała obsługa marketingowa

Prowadziłem sprawę właściciela niewielkiej agencji reklamowej, który przez kilka lat współpracował z jednym z freelancerów-grafików wyłącznie na podstawie umów nazwanych „umowa o dzieło”. W umowach wpisywano ogólnie „wykonanie grafik reklamowych” i ryczałtowe wynagrodzenie miesięczne. ZUS zakwestionował te umowy, uznając je za umowy o świadczenie usług (a więc podlegające składkom jak umowa zlecenia).

W toku postępowania w sądzie okazało się, że:

– grafik był dostępny w trybie ciągłym, realizował bieżące zlecenia, bez z góry określonej liczby czy rodzaju projektów,
– strony nie opisywały z góry precyzyjnie każdego „dzieła” (brak specyfikacji),
– po zakończeniu danego miesiąca nie dokonywano formalnego odbioru poszczególnych prac; co najwyżej klient mailowo zgłaszał uwagi.

Sąd Okręgowy, a następnie Sąd Apelacyjny, podzieliły stanowisko ZUS, wskazując, że chodziło o stałe świadczenie usług graficznych, a nie o wykonanie pojedynczych, zindywidualizowanych dzieł. Konsekwencją było obowiązek zapłaty zaległych składek przez mojego klienta, choć formalnie to grafik był „przyjmującym zamówienie”.

Ten przykład dobrze pokazuje, że w relacjach długotrwałych i powtarzalnych łatwo jest wpaść w pułapkę – nazwać umowę „o dzieło”, podczas gdy jej rzeczywisty charakter to typowa umowa o świadczenie usług.

Umowa zlecenia – gdy ważniejsza jest staranność niż finalny efekt

W mojej praktyce umowa zlecenia pojawia się przede wszystkim w kontekście świadczenia usług: doradczych, informatycznych, księgowych, marketingowych, szkoleniowych czy asystenckich. To umowy, w których:

– zakres obowiązków jest często opisany ogólnie,
– praca ma charakter ciągły, rozłożony w czasie,
– wynagrodzenie jest częściej ryczałtowe miesięczne niż jednorazowe,
– brak jest wyraźnie zdefiniowanego końcowego „dzieła”.

Z punktu widzenia prawa cywilnego, o kwalifikacji decyduje rzeczywista treść zobowiązania, a nie nazwa nadana przez strony. Sąd Najwyższy wielokrotnie podkreślał, że:

„O tym, czy zawarta umowa jest umową o dzieło, czy umową zlecenia (umową o świadczenie usług), decyduje jej rzeczywista treść, a nie nazwa nadana przez strony. Nie jest więc decydujące, jak strony określiły umowę, lecz jakie obowiązki w rzeczywistości z niej wynikają.”
– wyrok SN z 18.04.2012 r., sygn. II UK 187/11

W procesach, które prowadzę, sądy bardzo dokładnie badają, jak faktycznie wyglądała współpraca: jak często były wydawane polecenia, czy występował element podporządkowania, czy możliwe było swobodne ustalanie godzin pracy, czy występował ciągły nadzór. Choć są to kategorie typowe dla prawa pracy, to ich występowanie bywa brane pod uwagę także przy odróżnianiu umowy zlecenia od umowy o dzieło – szczególnie w sporach z ZUS i w sprawach o ustalenie istnienia stosunku pracy.

Umowa o dzieło – kiedy sądy ją akceptują?

Z moich obserwacji wynika, że sądy najłatwiej akceptują kwalifikację umowy jako umowy o dzieło w sytuacjach, gdy:

– dzieło ma charakter twórczy, indywidualny (np. utwór muzyczny, literacki, program komputerowy, projekt graficzny),
– istnieje precyzyjny opis oczekiwanego rezultatu,
– wynagrodzenie jest wprost związane z wykonaniem dzieła i wypłacane po jego odbiorze,
– współpraca nie ma charakteru ciągłego, a dzieła są wyraźnie od siebie odseparowane.

W jednej z moich spraw dotyczących autora tekstów specjalistycznych (copywritera) ZUS próbował zakwalifikować umowy o dzieło na umowy zlecenia, argumentując, że teksty miały charakter powtarzalny i dotyczyły tego samego obszaru tematycznego.

Sąd, po przeanalizowaniu materiału dowodowego, przyjął jednak, że:

– każdy z tekstów miał odrębną, indywidualną tematykę,
– strony z góry ustalały tytuł, zakres merytoryczny, objętość i termin wykonania każdego tekstu,
– po dostarczeniu każdego utworu następował jego „odbiór”, z możliwością zgłaszania zastrzeżeń i poprawek,
– wynagrodzenie było wypłacane za każdy tekst oddzielnie.

W takiej sytuacji sąd uznał, że chodzi o umowę o dzieło, podkreślając twórczy i weryfikowalny charakter efektu pracy. W uzasadnieniu powołano się m.in. na linię orzeczniczą, w której SN akceptuje umowę o dzieło w odniesieniu do rezultatów o charakterze twórczym.

Najczęstsze spory: ZUS, podatek dochodowy, odpowiedzialność za wady

W praktyce spory wokół umów zlecenia i umów o dzieło koncentrują się wokół kilku głównych obszarów: rozliczeń z ZUS, konsekwencji podatkowych, odpowiedzialności odszkodowawczej oraz – w tle – sporów pracowniczych.

Spory z ZUS – przekwalifikowanie umowy o dzieło

Zdecydowanie najczęściej spotykam się z sytuacjami, w których ZUS kwestionuje umowy o dzieło, uznając je faktycznie za umowy o świadczenie usług, do których stosuje się przepisy o zleceniu. Wynika to z tego, że:

– umowa o dzieło nie rodzi obowiązku opłacania składek na ubezpieczenia społeczne (co do zasady),
– umowa zlecenia – co do zasady – podlega oskładkowaniu.

Dla przedsiębiorców czy instytucji publicznych różnica ta jest finansowo bardzo istotna, stąd – co widzę na co dzień w kancelarii – silna pokusa „opakowywania” stałych usług w formę umowy o dzieło.

ZUS, prowadząc kontrolę, najczęściej żąda:

– wszystkich zawartych umów cywilnoprawnych,
– korespondencji mailowej,
– faktur, rachunków,
– opisów zakresu obowiązków.

Na tej podstawie formułuje decyzję o przekwalifikowaniu. W jednej z moich większych spraw dotyczących sieci szkół językowych ZUS zakwestionował kilkadziesiąt umów „o dzieło” zawieranych z lektorami, uznając je za umowy zlecenia. Decyzję oparto na tym, że:

– lektorzy prowadzili zajęcia według stałego grafiku,
– program nauczania był z góry ustalony,
– nie dało się wskazać konkretnego „dzieła” – pojedyncze zajęcia, semestr, cykl kursu? – lecz raczej stałe świadczenie usługi dydaktycznej.

W postępowaniu sądowym argumentowałem m.in., że efektem pracy lektora miała być konkretna umiejętność językowa ucznia. Sąd jednak podzielił stanowisko ZUS, wskazując, że nabycie umiejętności przez ucznia nie jest „dziełem” w rozumieniu art. 627 k.c., ponieważ nie jest obiektywnie weryfikowalne jako rezultat dający się odebrać i poddać ocenie na istnienie wad.

W tego typu sprawach sądy odwołują się często do stanowiska SN:

„Świadczenie usług dydaktycznych w postaci prowadzenia zajęć edukacyjnych, nawet jeśli kończy się uzyskaniem przez słuchacza określonych kwalifikacji lub umiejętności, ma charakter starannego działania, a nie umowy rezultatu (dzieła).”
– wyrok SN z 10.07.2008 r., sygn. I UK 376/07

Konsekwencją takich rozstrzygnięć jest obowiązek zapłaty przez płatnika (pracodawcę, zleceniodawcę) zaległych składek wraz z odsetkami za okres nieprzedawniony (zazwyczaj 5 lat wstecz). To często bardzo poważne obciążenie finansowe, które w kilku prowadzonych przeze mnie sprawach realnie zagrażało płynności przedsiębiorstwa.

Konsekwencje podatkowe – koszty uzyskania przychodu i ryzyko korekt

Kwalifikacja umowy jako dzieło lub zlecenie ma również znaczenie na gruncie podatku dochodowego. Przykładowo, w przypadku niektórych umów o dzieło o charakterze twórczym mogą znaleźć zastosowanie 50% koszty uzyskania przychodu. Przy umowach zlecenia zasadniczo stosuje się koszty w wysokości 20% albo ryczałtowo 250 zł (w zależności od konstrukcji wynagrodzenia i aktualnych przepisów podatkowych).

W praktyce zdarza się, że rekwalifikacja umowy przez ZUS pociąga za sobą konieczność dokonania korekt również na gruncie podatkowym. Organy podatkowe nie są wprawdzie związane automatycznie decyzją ZUS, ale bardzo często ją uwzględniają. W jednej z moich spraw, po przegranym sporze z ZUS, urząd skarbowy wszczął kontrolę i zakwestionował zastosowanie 50% kosztów uzyskania przychodów do wynagrodzeń wypłaconych z tytułu umów zakwalifikowanych ostatecznie jako umowy o świadczenie usług. Sprawa zakończyła się decyzją o zaległości podatkowej, którą na szczęście – w toku odwołań – udało się istotnie zredukować, ale nie całkowicie uniknąć.

Odpowiedzialność za wady dzieła a odpowiedzialność zleceniobiorcy

Innym obszarem sporów, z którym dość często się spotykam, jest odpowiedzialność za nienależyte wykonanie umowy. W przypadku umowy o dzieło zastosowanie znajdują przepisy o rękojmi (art. 638 k.c. w związku z przepisami o rękojmi przy sprzedaży).

Art. 638 § 1 Kodeksu cywilnego: „Do odpowiedzialności przyjmującego zamówienie z tytułu rękojmi za wady dzieła stosuje się odpowiednio przepisy o rękojmi przy sprzedaży.”

Oznacza to, że zamawiający może m.in.:

– żądać usunięcia wady,
– żądać obniżenia wynagrodzenia,
– w przypadkach poważnych wad – odstąpić od umowy.

W jednej ze spraw, które prowadziłem, klient (zamawiający) dochodził od wykonawcy znacznego odszkodowania za wadliwie wykonaną stronę internetową (niedziałający moduł sklepu, błędy w integracji płatności). Kluczowe było ustalenie, czy strony zawarły umowę o dzieło (konkretny, funkcjonalny serwis internetowy o określonych cechach), czy umowę o świadczenie usług IT (stałe wsparcie techniczne, administracja serwerem). Ponieważ umowa była niejednoznaczna, a współpraca miała charakter mieszany, powstał poważny spór co do podstaw prawnych roszczeń.

Sąd, po przeprowadzeniu dowodu z opinii biegłego, uznał, że w odniesieniu do stworzenia serwisu internetowego doszło do zawarcia umowy o dzieło, natomiast późniejsza administracja i wsparcie miały charakter umowy o świadczenie usług. To rozróżnienie pozwoliło zastosować reżim rękojmi do wady głównej funkcjonalności serwisu.

Przy umowie zlecenia przyjmujący zlecenie odpowiada przede wszystkim na ogólnych zasadach odpowiedzialności kontraktowej (art. 471 k.c.), za nienależyte wykonanie zobowiązania z winy. Trudniej jest mówić o „wadzie” w sensie fizycznym – raczej o nienależytym wykonywaniu czynności.

Case studies z praktyki – gdzie strony najczęściej się mylą?

Z mojego doświadczenia wynika, że najwięcej problemów pojawia się w kilku, powtarzalnych konfiguracjach. Poniżej kilka przykładów, opartych na rzeczywistych sprawach, które prowadziłem lub w których uczestniczyłem jako pełnomocnik.

Stałe sprzątanie biura „na umowę o dzieło”

Do kancelarii zgłosił się przedsiębiorca, wobec którego ZUS wydał decyzję o przekwalifikowaniu wszystkich umów o dzieło zawartych z osobą sprzątającą biuro na umowy zlecenia. W umowach wpisywano ogólną formułę „wykonanie dzieła polegającego na utrzymaniu czystości w biurze w miesiącu …”.

Z punktu widzenia klienta wszystko wydawało się uporządkowane: była umowa, wynagrodzenie ryczałtowe, osoba rzetelnie wykonywała swoją pracę. Problem w tym, że w świetle przepisów i orzecznictwa:

– sprzątanie ma charakter powtarzalny, ciągły,
– brak jest weryfikowalnego „dzieła” – czystość biura jest stanem, który trzeba utrzymywać, a nie jednorazowym efektem,
– wynagrodzenie powiązane było z upływem czasu (miesiąc), a nie z odebraniem konkretnego rezultatu.

Sąd, rozpoznając odwołanie od decyzji ZUS, bez większych wątpliwości potwierdził, że mamy do czynienia z umową o świadczenie usług (zastosowanie art. 750 k.c.), a więc ze stosunkiem prawnym zbliżonym do umowy zlecenia. Nie pomogło nawet to, że w umowie znalazło się słowo „dzieło” – sąd konsekwentnie odwołał się do rzeczywistego sposobu wykonywania obowiązków.

Cykl szkoleń biznesowych – dzieło czy usługa?

W innej sprawie reprezentowałem trenera biznesowego, który zawierał z dużą korporacją umowy nazwane „umowa o dzieło na przeprowadzenie cyklu szkoleń z zakresu …”. Po kilku latach współpracy ZUS zakwestionował wszystkie umowy jako umowy zlecenia.

Argumentacja ZUS była klasyczna: szkolenia są usługą edukacyjną, opartą na starannym działaniu, nie na rezultacie. My wskazywaliśmy, że:

– każde szkolenie kończyło się konkretnym, zamierzonym efektem – nabyciem przez uczestników określonych kompetencji,
– trener opracowywał indywidualny program i materiały, a zamawiający odbierał je jako „dzieło”,
– wynagrodzenie było ustalone za konkretny pakiet szkoleniowy, nie za czas pracy.

Sąd I instancji przychylił się jednak do stanowiska ZUS, podkreślając, że:

„Efekt w postaci potencjalnego wzrostu kompetencji uczestników szkolenia nie ma charakteru obiektywnie weryfikowalnego dzieła. Przedmiotem zobowiązania trenera jest należyte przeprowadzenie zajęć, a nie zagwarantowanie, że ich uczestnicy osiągną określony, mierzalny rezultat.”
– fragment ustnych motywów wyroku (sprawa własna, sygnatura niepublikowana)

W rezultacie sąd uznał, że chodzi o umowę o świadczenie usług, a więc odpowiednio stosuje się przepisy o zleceniu.

Programista i aplikacja mobilna – przykład typowego „dzieła”

Zdarzają się jednak i sprawy, w których obrona umowy o dzieło kończy się sukcesem. Przykładem jest sprawa programisty, który na rzecz spółki IT miał stworzyć aplikację mobilną o określonych funkcjonalnościach. Umowa szczegółowo opisywała wymagania (tzw. specyfikacja), terminy etapów, wynagrodzenie za poszczególne kamienie milowe.

ZUS, po rutynowej kontroli u spółki (kwestie innych umów cywilnoprawnych), zakwestionował również tę umowę jako zlecenie. W odwołaniu do sądu argumentowałem, że:

– aplikacja jest konkretnym dziełem w rozumieniu art. 627 k.c.,
– można obiektywnie ocenić, czy została wykonana zgodnie z wymaganiami (działa, ma określone funkcje, jest wolna od wad),
– po zakończeniu każdego etapu następował formalny odbiór.

Sąd, po wysłuchaniu stron i analizie dokumentacji, przyznał rację mojemu klientowi: uznał umowę za typową umowę o dzieło, odwołując się do orzecznictwa, w którym SN dopuszcza kwalifikację programów komputerowych jako dzieł.

W uzasadnieniu sąd powołał się na utrwalony pogląd, że:

„Stworzenie indywidualnego programu komputerowego, aplikacji lub innego utworu informatycznego o określonych, zamówionych cechach stanowi w typowym wypadku wykonanie dzieła, o którym mowa w art. 627 k.c.”
– por. wyrok SN z 4.10.2018 r., sygn. II UK 286/17

Ten przykład pokazuje, jak ważne jest dobre przygotowanie umowy: odpowiednia specyfikacja, opis dzieła, procedura odbioru – to wszystko później „pracuje” w sądzie.

Element podporządkowania i ryzyko „przekształcenia” w stosunek pracy

Choć głównym tematem artykułu są różnice między umową zlecenia a umową o dzieło, w praktyce nie sposób pominąć jeszcze jednego ryzyka: ustalenia istnienia stosunku pracy tam, gdzie formalnie zawarto umowę cywilnoprawną.

Kodeks pracy w art. 22 § 1 stanowi:

„Przez nawiązanie stosunku pracy pracownik zobowiązuje się do wykonywania pracy określonego rodzaju na rzecz pracodawcy i pod jego kierownictwem oraz w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę, a pracodawca – do zatrudniania pracownika za wynagrodzeniem.”
– art. 22 § 1 Kodeksu pracy

Następnie zaś:

„Zatrudnienie w warunkach określonych w § 1 jest zatrudnieniem na podstawie stosunku pracy, bez względu na nazwę zawartej przez strony umowy.”
– art. 22 § 11 Kodeksu pracy

W praktyce oznacza to, że niezależnie od tego, czy podpisaliśmy „umowę zlecenia”, czy „umowę o dzieło”, jeżeli sposób wykonywania pracy przypomina stosunek pracy (podporządkowanie, stałe godziny, miejsce pracy, nadzór, konieczność osobistego świadczenia pracy), sąd pracy może – na wniosek zatrudnionego – ustalić istnienie stosunku pracy.

W mojej praktyce takie powództwa częściej dotyczą umów zlecenia niż umów o dzieło, ale zdarzają się też sytuacje, w których „umowy o dzieło” były de facto sposobem omijania przepisów prawa pracy. Tego typu sprawy są szczególnie trudne, bo łączą w sobie:

– elementy prawa pracy (ustalenie stosunku pracy),
– elementy prawa cywilnego (nieważność pozorna, art. 83 k.c.),
– konsekwencje wobec ZUS (oskładkowanie).

„Nazwa umowy nie ma decydującego znaczenia dla kwalifikacji prawnej stosunku łączącego strony; istotne są rzeczywiste obowiązki pracownika i sposób ich wykonywania.”
– wyrok SN z 11.09.2013 r., sygn. II PK 372/12

Dlatego, doradzając przedsiębiorcom, zawsze podkreślam: jeśli w istocie potrzebujesz pracownika, nie próbuj „na siłę” opakowywać tej relacji w formę umowy o dzieło czy umowy zlecenia. Ryzyka prawne i finansowe zwykle przewyższają krótkoterminowe „oszczędności”.

Jak redagować umowy, aby ograniczyć ryzyko sporu?

Jako adwokat zajmujący się sporami sądowymi wiem, że najlepszą „linią obrony” jest dobra umowa. W większości procesów, które prowadzę, spór nie wynika z samej ustawy, lecz z nieprecyzyjnych zapisów umownych albo – co gorsza – z ich całkowitego braku.

Jeśli strony rzeczywiście chcą zawrzeć umowę o dzieło, umowa powinna możliwie precyzyjnie określać:

– na czym polega dzieło (opis, specyfikacja, cechy),
– kryteria jego odbioru,
– terminy wykonania,
– wynagrodzenie związane z wykonaniem dzieła, a nie z czasem pracy,
– ewentualne etapy (dzieła częściowe), jeśli projekt jest złożony.

W umowie zlecenia (lub szerzej: o świadczenie usług) wskazałbym raczej:

– zakres czynności,
– zasady współpracy (dyspozycyjność, kontakt, raportowanie),
– sposób wynagradzania (np. stawka godzinowa, ryczałt miesięczny),
– czas trwania umowy i warunki jej rozwiązania.

W wielu sprawach sądowych sądy zwracają uwagę na to, czy umowa „pasuje” do rzeczywistego sposobu wykonywania pracy. Jeśli ktoś powołuje się na umowę o dzieło, a z zeznań świadków wynika, że w rzeczywistości przychodził do biura codziennie na 8 godzin i „robił, co mu kazano”, trudno będzie obronić cywilnoprawny, rezultatywny charakter tej relacji.

Co sądy badają w praktyce? – perspektywa sali rozpraw

W procesach o przekwalifikowanie umowy o dzieło na zlecenie (albo w ogóle na stosunek pracy) sądy najczęściej analizują:

– treść umowy – czy opisuje konkretny rezultat czy raczej zakres czynności,
– sposób rozliczenia – czy wynagrodzenie jest za „dzieło” czy za czas,
– sposób wykonywania umowy – stałość, powtarzalność, podporządkowanie,
– istnienie odbioru dzieła – protokoły, akceptacja, zgłaszanie wad,
– charakter efektu – czy da się go obiektywnie zweryfikować.

W jednej z moich spraw sędzia wprost zapytał świadka: „Jak pan rozumiał to, co pan miał zrobić – czy pan miał codziennie wykonywać jakieś czynności, czy miał pan oddać konkretny produkt na koniec?”. To, jak odpowiedział świadek (w tym przypadku zleceniobiorca), miało kolosalne znaczenie dla wyniku sprawy.

Podczas przesłuchań sądowych często padają pytania o to:

– czy strony przewidywały poprawki, jeśli „dzieło” nie spełniało wymagań,
– czy możliwe było niewykonywanie czynności w pewnych okresach bez konsekwencji,
– czy istniała możliwość powierzenia wykonania osobie trzeciej (podwykonawcy).

W umowie o dzieło – co do zasady – przyjmujący zamówienie może powierzyć wykonanie dzieła innej osobie (chyba że co innego wynika z umowy lub właściwości dzieła). W umowie zlecenia częściej występuje potrzeba osobistego świadczenia usługi. To również jest jeden z elementów, na który sądy zwracają uwagę, choć nie jest on rozstrzygający sam w sobie.

Podsumowanie – na co zwrócić uwagę, zanim podpiszesz umowę?

Patrząc na kilkanaście lat mojej praktyki, mogę wskazać kilka wniosków, które powracają niemal w każdej sprawie dotyczącej umowy zlecenia i umowy o dzieło.

Po pierwsze, nazwa umowy nie przesądza o jej charakterze. To truizm, ale w praktyce wielu przedsiębiorców nadal żyje w przekonaniu, że skoro „wzór umowy z internetu” nosi tytuł „umowa o dzieło”, to znaczy, że ZUS i sąd będą musiały to zaakceptować. Tymczasem zarówno ZUS, jak i sądy patrzą przede wszystkim na faktyczny sposób wykonywania zobowiązania.

Po drugie, umowa o dzieło musi prowadzić do konkretnego, weryfikowalnego rezultatu, który można odebrać i ocenić. Jeśli zakres współpracy dotyczy stałego, powtarzalnego wykonywania czynności (sprzątanie, ochrona, bieżące doradztwo, prowadzenie social media, standardowe szkolenia), ryzyko, że ZUS i sąd uznają to za umowę o świadczenie usług (a więc jak zlecenie), jest bardzo wysokie.

Po trzecie, spór z ZUS czy kontrahentem często rozstrzyga się już na etapie formułowania umowy. Im bardziej ogólny, sztampowy i „z internetu” jest wzór umowy, tym większe ryzyko, że w razie sporu zabraknie nam mocnych argumentów. Widać to szczególnie wyraźnie przy większych projektach informatycznych, marketingowych czy kreatywnych.

Po czwarte, nie warto traktować umów cywilnoprawnych jako „tańszego” zamiennika umowy o pracę, jeśli w praktyce współpraca ma wszystkie cechy stosunku pracy. W razie sporu, to pracodawca/ zleceniodawca będzie zwykle stroną słabszą – obciążoną obowiązkiem zapłaty zaległych składek, podatków, a nierzadko także odszkodowania.

Na koniec – rada, którą często daję klientom: zanim zdecydujesz się na konkretną formę umowy, odpowiedz sobie szczerze na pytanie, czego w rzeczywistości oczekujesz: stałej, dyspozycyjnej pracy czy jednorazowego, konkretnego rezultatu. Jeśli uczciwie odpowiesz na to pytanie, dużo łatwiej będzie dobrać właściwy typ umowy, a w razie sporu – obronić go przed sądem.

Leave A Comment

All fields marked with an asterisk (*) are required